„Otóż: „Większość ludzi nie chce pływać, dopóki nie nauczy się pływania.” Czy to nie dowcipne? Oczywiście nie chcą pływać! Urodzili się przecież dla ziemi, nie dla wody. I oczywiście nie chcą myśleć, gdyż stworzeni zostali do życia, a nie do myślenia! Tak, a kto myśli i kto z myślenia czyni sprawę najważniejszą, ten wprawdzie może w tej dziedzinie zajść daleko, ale taki człowiek zamienił ziemię na wodę i musi kiedyś utonąć”.
Niektóre problemy z identyfikacją samego siebie wynikają z faktu, że szukając własnego „ja” zaczynamy w niewłaściwym miejscu. Spoglądamy w lustro i pytamy „kim jestem?” wierząc, że prawdziwa odpowiedź kryje się jedynie w naszym odbiciu - w nas - w naszym wnętrzu. Dusza człowieka jest jak otchłań. Wędrowanie w sobie odbywa się po ciemku. Decydując się na podróż w głąb siebie ryzykujesz, że się zgubisz, ponieważ zaczynasz w miejscu bez światła, bez punktu oparcia, bez znajomości kierunku, w którym powinieneś się poruszać. O ile łatwiej byłoby przemierzać ciemność, gdybyśmy mieli coś od czego można zacząć, na czym można się wesprzeć, na przykład ścianę, wzdłuż której moglibyśmy iść. Taka ściana zaczyna się w punkcie światła, miejscu, gdzie wciąż widzimy. Na zewnątrz nas.
Odpowiedź na to „kim jestem?” zaczyna się w otaczających nas ludziach, w naszych kochankach, najbliższych przyjaciołach, osobach darzących nas miłością i tych odczuwających wobec nas jedynie nienawiść.
Ibn Hazm, autor traktatu „Naszyjnik gołębicy” pisze: „nie znajdziesz dwojga kochanków, miedzy którymi nie byłoby jakiegoś podobieństwa czy zgodności cech naturalnych. Jest to konieczne, choćby tych cech było bardzo mało. Im bowiem większe będą podobieństwa i im większa będzie ich jednorodność, tym silniejsze jest uczucie. Spójrz, a przekonasz się na własne oczy.”
Najwięcej ciebie jest w twoim partnerze, o ile darzysz go namiętnością inną niż tylko namiętność fizyczna. Jeśli szukasz siebie, zbadaj dokładnie okoliczności, w których odczuwasz względem niego największe, najsilniejsze uczucie, a z dużym prawdopodobieństwem znajdziesz w tym miejscu cześć odbicia samego siebie.
Podobnie jest z przyjaciółmi. Hipokratesowi powiedziano kiedyś, że pokochał go pewien człowiek z pospólstwa, co bardzo go zasmuciło. Rzekł wtedy: „Człowiek ten nie pokochałby mnie, gdyby niektóre cechy jego charakteru nie zgadzały się z moimi”.
Jeżeli pomiędzy dwojgiem ludzi nawiązuje się uczucie tak silne, jakim jest przyjaźń oznacza to tyle, że ich dusze są w jakimś względzie zgodne. Odnajdź ową zgodność, a odnajdziesz część samego siebie.
Kiedy kogoś głęboko nienawidzisz, a ten ktoś niczym ci nie zawinił, nigdy cię nie skrzywdził; kiedy wydaje ci się, że nienawidzisz go bez żadnego konkretnego powodu to najprawdopodobniej trafiłeś na osobę będącą przeciwieństwem ciebie. Natura człowieka zmusza go do tego, by nie był obojętnym wobec żadnej istoty ludzkiej, którą poznał. Przyjrzyj się dobrze znienawidzonej osobie, a będziesz wiedział kim na pewno nie jesteś.
Pójdź tropem tych śladów, a jeżeli wiele z nich prowadzi w to samo miejsce, być może znajdziesz tam odpowiedź, której tak bardzo szukasz.
"Bóg stworzył światło i widział, że to jest dobre, później wodę oraz ląd i widział w nich dobro, stworzył rośliny i zwierzęta, a na końcu człowieka. Wtedy powiedział mu: "Człowieku z prochu powstałeś i w proch się obrócisz, ale do tego czasu obijaj się do oporu, jam jest Bóg twój i mówię ci, że obijanie się, jak światło, woda ląd, rośliny i ptaki - jest dobre - oraz korzystne dla twojego zdrowia."
Nadal pamiętam dzień, kiedy znalazłem tę dziwną książkę o twardej, skórzanej oprawie. Noc poprzedzająca poranek, była dla mnie kolejną z rzędu bezsennych. Wyszedłem na zewnątrz by się przejść, by zaczerpnąć świeżego powietrza, a ona była tam, wśród promieni wschodzącego słońca i rozrzedzającej się mgły. Leżała na ławce w parku, czekając na dłoń, która podniesie ją i zabierze ze sobą do nowego domu.
Nie jest to książka w prawdziwym tego słowa znaczeniu, a raczej zbiór chaotycznych zapisków, pełnych powtórzeń, zapętlających się fragmentów pisanych wciąż od nowa, ale przy użyciu odmiennych środków wyrazu. Jedna myśl, która, jak mniemam, opętała autora do tego stopnia, że zdecydował się poświęcić jej kilkaset stron powstałych w wypełnionym szaleńczą obsesją czasie. Przeglądając po raz pierwszy ową mroczą księgę, odniosłem nieodparte wrażenie, że każdy kolejny fragment, choć coraz bliższy doskonałości, bliższy prawdy, to jednak - wśród tych wszystkich metafor, przenośni, porównań - pełny jest ukrytej między wierszami złości, zaciskającej się niby sznur na szyi człowieka bezradnego wobec myśli niedającej się okiełznać. Oczami wyobraźni widziałem, jak z wściekłością łamie w dłoniach kolejny ołówek, by później zebrać wszystkie rękopisy i wrzucić je w ogień, a następnie pełen zwątpienia, pod wpływem kompulsywnego przymusu, siada przy biurku, bierze czystą kartkę i po raz kolejny zapełnia ją słowami.
W tym co chciał opisać było coś pociągającego, jakaś tajemnica, zagadka, mogąca, po rozwikłaniu, przynieść odpowiedzi na pytania. Jakie? Nie wiem. Ale zagłębiając się w świat stworzony ręką tego szalonego pisarza, miałem wrażenie, że była to odpowiedź uniwersalna, mogąca wskazać kierunek każdemu, kto zdecydował się na życie w powątpiewaniu, w niepewności ludzkiego losu, kto odrzucił religię, filozofię i prawa konsumpcyjnego społeczeństwa aby odnaleźć swoje prawdziwe „ja”.
Po raz kolejny wziąłem do ręki książkę o skórzanej, czerwonej oprawie, pozbawionej tytułu oraz nazwiska autora i zacząłem czytać:
„(…)chwilę przed tym jak przychodzi rozkosz zespolenia, w momencie kiedy narasta podniecenie spowodowane bliskością partnera, jego nagim ciałem, smakiem jego ust i skóry, zapachem perfum i potu, to uczucie podniecenia, na chwilę, wyzwala, coś zwierzęcego, a zarazem najbardziej ludzkiego. Uwalnia nie tylko te dwie skrajności, wyzwala wszystko, co jest pomiędzy byciem zwierzęciem, pomiędzy najdzikszym popędem a wysublimowaną, oswojoną naturą świętego. Te momenty nazywane momentami zapomnienia w rzeczywistości są przebłyskami przypomnienia. Wtedy przestajesz być wyłącznie sobą szczęśliwym, sobą cierpiącym samotność, sobą spełnionym, sobą nierozumianym i innymi obrazami siebie. Jesteś nagle nimi wszystkimi, już nie pojedynczą nicią, ale różnobarwnym płótnem, wiązką światła zawierającą w sobie ogrom tych kolorów. Doświadczasz ich mnogich, ale stanowiących całość, które nagle pojawiają się, które wydają się być niczym słowo Boga, będące odpowiedzią na odwieczne pytanie „kim jestem?”( niektórzy nieprzerwane obcowanie z owym strumieniem nazywają stanem oświecenia).
(…)budzi się w tobie podstawa, będąca pierwotną materią wszechświata, w niej ukształtowała się twoja dominująca osobowość i wszystkie pozostałe, ten dziwny duch, demon albo anioł, na co dzień śpi, zmęczony rutyną nauki lub pracy, ale kiedy rozbudzony, rozgrzany, otwiera oczy, pozwala doświadczyć ci twojej prawdziwej natury, gdzie żadne „ja” nie istnieje, gdzie nie ma dominującej osobowości, a jedynie spektrum osobowości, chaos osobowości, przenikanie się i ciągły ruch.
Nagle nie tylko twoja dusza zaczyna się zacierać, ale przedmioty, zapachy, szorstkości i gładkości; rzeczy i zjawiska łączą się z tobą, stają się tobą, jakby zawsze były tobą. Przyjemność jaką sprawia ci ciepło pościeli, wydaje się nowa a zarazem oczywista, jakbyś doznawał jej pierwszy raz, który jednocześnie nie jest tym pierwszym, ale również dziesiątym, setnym, tysięcznym z kolei.
Dotykając ramienia kochanki, dotykasz własnego ramienia, kiedy całujesz jej brzuch, twój brzuch doświadcza rozkoszy pocałunku, twój oddech i jej skóra zlewają się w jedno, twoje oko i jej myśl stają się jednym, stajecie się – scaleni - jak dwie rozdzielone połówki jabłka, teraz w tym ciągłym ruchu łączenia się i rozpadu, znów połączone w jedno, aby stworzyć całość, w której mieści się ogień słońca, w której jest smak ziemi i sok drzewa powstały z deszczu, w której jest podmuch wiatru zrywający z gałęzi dojrzały owoc”.
Człowiek piszący w ten sposób, z pewnością musiał być chory. Może na chorobę ciała albo osobowości lub charakteru. Chociaż nie rozumiem do czego zmierzał, to intuicyjnie wyczuwam w tym próbę rekonstrukcji, rzeczywistego i wartościowego objawienia jakiego doświadczył. Może otarł się o prawdę - przez moment zobaczył samego Boga przy pracy - zachwycił się, nasiąknął boskością, a później ponownie zrzucony między ludzi, miedzy szarość i małostkowość, między głupotę i chciwość, chciał wrócić w miejsce cudownego objawienia? Nie wiedząc jak - opisał echa napełniających go w tamtej chwili myśli i obrazów, aby z ich pomocą znów odnaleźć właściwą drogę.
Czy udało mu się? Być może. W końcu przecież zdecydował się wydać książkę, dzieło swojego życia. Czy uczyniłby to gdyby uważał, że nie jest skończone?
Często powracam do tych zapisków, choć od niedawna coraz rzadziej. Powracam do nich tak, jak przywołuje się wspomnienia o czyms, co utraciliśmy, co mogliśmy mieć, ale z jakiegoś powodu, to coś, wymknęło się, przesypało jak piasek między palcami. Może gdybym znów stał się młody, gdyby mój umysł był mniej pomieszany, czystszy, wolny od przyzwyczajeń konsumpcyjnego życia - gdzie mieć zawsze znaczy więcej niż być - może wtedy pojąłbym istotę tego tekstu.
Dziś nie pozostaje mi nic więcej, jak tylko zwrócić ową książkę miejscu, do którego należy, miejscu, w którym ją znalazłem. Niech pieszczona przez słońce i wiatr, lizana językami przepływającej mgły odnajdzie inną, właściwszą dla niej dłoń, empatyczną, bardziej wyrozumiałą od mojej.